JANUSZ TARANIENKO – urodzony w 1954 r. w Białymstoku. W 1977 r. ukończył Filologię Polską w Uniwersytecie Warszawskim w Warszawie; później pracował jako asystent w Instytucie Filologii Polskiej na Filii UW w Białymstoku (specjalizacja: teoria literatury i poetyka, lata 1977-87); następnie parał się różnymi zawodami (był m.in. przedsiębiorcą prywatnym i nauczycielem informatyki). Obecnie (od 2006 r.) jest nauczycielem-instruktorem w Młodzieżowym Domu Kultury w Białymstoku, gdzie od ośmiu lat prowadzi założoną prze siebie Pracownię Literatury. Jest również w MDK instruktorem sportu „szachy”.

Ma w swoim dorobku łącznie ponad 100 publikacji literackich, krytycznych, publicystycznych, w zdecydowanej większości prasowych, ale również i w książkach zbiorowych (krytyczne) i w antologiach pokonkursowych (poetyckie), a także w innych formach (noty krytyczne na okładkach, wstępy, posłowia w książkach innych autorów). Jest laureatem kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich.

Więcej informacji
: www.janusz.taranienko.pl

 
 

Czas, miejsca i ludzie – czyli rzeczy pospolite Teresy Radziewicz


Teresa Radziewicz z całą pewnością należy do grona najlepszych polskich poetek. Zdanie to wypowiadam z pełną odpowiedzialnością: Radziewicz jest poetką rozpoznawalną i uznaną w całym kraju, zaś fakt, że mieszka ona i tworzy na Podlasiu nam, Białostoczanom, jedynie przysparza splendoru. Wiersze autorki są „towarem eksportowym” naszej miejscowej literatury, w takim samym stopniu, w jakim mamy przekonanie co do rangi twórczości – na przykład, Edwarda Redlińskiego, Tadeusza Słobodzianka czy Ignacego Karpowicza; nie wątpimy o przekraczaniu przez nich granic „regionalności”.

Obecna recenzja jest sposobnością, by przybliżyć wiersze Radziewicz z jej najnowszego tomiku, rzeczy pospolitych (wyd. Stowarzyszenie Salon Literacki, Warszawa 2104), by zarysować ich tematykę i określić punkty „stałe” (bądź „znane” z dotychczasowej twórczości) i „zmienne” (bądź „nowe” w stosunku do jej wydanego dorobku). Warto dodać w tym miejscu, że jest to już czwarta książka poetycka autorki, wydana w niewielkim odstępie czasu od debiutu – lewej strony (wyd. Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego, Łódź 2009); kolejnymi były Sonia zmienia imię (wyd. Kwadratura, Łódź 2011) i Samosiejki (Galeria Literacka BWA i Biblioteka Frazy, Olkusz 2011). Zważmy też, że podanie miast wydania tomików i ich wydawców służy podkreśleniu cenienia twórczości Radziewicz także i poza jej rodzimymi okolicami Białegostoku oraz samą stolicą województwa.

Wspomniałem na początku, że Radziewicz jest autorką rozpoznawalną; miałem na uwadze zarówno jej poetykę – zbliżoną do prozy narracyjną i sfabularyzowaną stylistykę, jak i problematykę – najogólniej i w uproszczeniu ujmując: zmienność stadiów życia w swoiście pojętym, kolistym (rytualnym? archetypicznym?) czasie. A wszystko to razem zakorzenione jest w naturze (głównie w przyrodzie), której prawa wyznaczają (odwieczny?) porządek świata, w tym również i życia człowieka. Gdy dodać poszanowanie poetki dla konkretu, przedmiotu, detalu oraz wyobraźniową (czasem też oniryczną) kreatywność w tworzeniu nowych „rzeczywistości” – otrzymamy swoisty „realizm magiczny” poprzednio wydanych tomików poezji Teresy Radziewicz. Choć lewa strona różni się od Soni, a Samosiejki od poprzednich dwóch, to przedstawione przybliżenie i stylu (narracji językowej), i tematyki, zajmującej poetycką wyobraźnię Radziewicz, jest wspólne dla tych trzech książek.

W rzeczach pospolitych nie brakuje również i takich wierszy, które sygnalizowaną powyżej problematykę realizują, które mieszczą się w tematach Samosiejek (np. Piosenka o zmianach, Przyśnił mi się potop, Kołysz mnie matko, Mocniej, zimniej, ostrzej, Cud). Nic dziwnego: wymienione wiersze powstały bowiem już po wydaniu trzeciego tomiku i wciąż eksplorują najważniejsze dla poetki zagadnienie, które w innym miejscu określiłem kluczem „czas i metamorfozy”. I, w tym przypadku, także i w rzeczach... oferuje Radziewicz czytelnikowi znaną już przez niego problematykę. A, że sprawy to istotne – więc nigdy nie za dużo ich rozważania, szczególnie w poezji, która u autorki jest bliska filozofii, na pewno zaś „mądrości życia”. Ale w rzeczach... zdumiewa Radziewicz również innością i nowością. Po prawdzie, to dwiema nowościami: obcą dla niej wcześniej wielością miejsc opisu (tj. przestrzenią) i równie rzadką uprzednio tak liczną obecnością innych ludzi. Co ważniejsze: jeśli w Soni... i w Samosiejkach bohaterka wierszy (odpowiednio Sonia i Hanna) kreowała raczej subiektywny, prywatny, nawet intymny świat, który i rządził się prawami natury, i podlegał zmianom w czasie i jego upływowi (właśnie: „czas i metamorfozy”!) – to w rzeczach pospolitych jest i tak, i również inaczej: oto podmiot wierszy porusza się po świecie zewnętrznym, obiektywnym, który jest bardziej sterowany prawami ludzkiej cywilizacji czy kultury, niż by był warunkowany przemianami naturalnymi, mocą natury, nadanej ludziom niejako apriorycznie, „z góry”, tj. uprzednio zastanej już przez człowieka – co miało miejsce w poprzednich książkach. Dalej: świat zewnętrzny wobec lirycznego „ja” jest w tym tomiku zaludniony, tj. istnieją w nim „inni ludzie”, i nie są oni wyłącznie tłem dla subiektywnego bohatera tekstów – bowiem ci inni są również równoprawnymi podmiotami działań.

Bohater nowej i nieznanej dotychczas poezji Radziewicz przemieszcza się, pokonuje przestrzeń: samolotem, samochodami – po Nowym Jorku (Manhattan, Ludzie po raz drugi), po miasteczkach Irlandii (Sen o Irlandii, Wiersz dla Margo, wiersz dla Paddy’ego), po Polsce: Warszawa – Gołębie na torowisku, Kraków – Czułe światło listopada, Wybrzeże – Głupcy, Warmia i Mazury – Koty nad Symsarną. I zapewne jeszcze gdzieś indziej, ale wyraźne „ślady obecności” pozostałych miejsc trudno w tomiku zidentyfikować. Poetka kilkakrotnie, w różnych wierszach, zadaje powtarzające się pytanie: A gdybym urodziła się w innym miejscu? (Gołębie na torowisku, Koty nad Symsarną); w wierszu Sen o Irlandii pytanie to brzmi: A gdybym urodziła się tutaj? Jaka bym była? Jak potoczyłoby się moje życie?

Nowe więc jest to, że Radziewicz – znana dotychczas jako „poetka natury” i kreatorka własnych, wyimaginowanych i magicznych światów, w rzeczach... jawi się także jako „poetka kultury” (cywilizacji) i wtedy raczej opisuje rzeczywistość, niż by miała ją kreować. Tym razem to nie ja-podmiot, nierzadko obdarzony dziecięcą wrażliwością (naiwnością?), tworzę własny świat wewnętrzny i „powołuję go do życia” – ale ja, człowiek dojrzały i krytyczny, jednostka świadoma, jestem „wrzucona w świat” ludzki, który (ontologicznie rzecz biorąc) istnieje niezależnie ode mnie, istnieje obiektywnie, nawet bez mojej wiedzy – na pewno zaś bez mojej woli, mego wpływu i podmiotowej mocy kreacyjnej. Zatem: oto ja-człowiek muszę się podporządkować zewnętrznemu światu, a przynajmniej jakoś go rozpoznać, odnaleźć się w nim i określić, aby móc w nim funkcjonować, żyć – po prostu. Zewnętrzne wobec podmiotu, „przedustanowione” prawa natury z poprzednich tomików, dopełnione są teraz przez mające taką samą, jak one, rangę, prawa ludzkiej cywilizacji. W rzeczach... człowiek zostaje ukazany w coraz większym uwikłaniu – i w swoją biologię (naturalność), i w kulturę (narodowość, społeczeństwo, rodzimą społeczność).

Zasadne więc staje się pytanie: jakie jest moje, jednostkowego człowieka, miejsce w tak rozpoznanym przeze mnie świecie? Teraz jest to już pytanie bogatsze, pełniejsze, bo o kondycję ludzką uwarunkowaną podwójnie: i wobec obiektywnych praw czasu i biologii – ale również i względem praw cywilizacji, zewnętrznego, ludzkiego świata. Więc: jakie jest moje miejsce – i jak znaleźć swoją tożsamość w ludzkiej rzeczywistości, mimo jej negatywnej podmiotowej oceny? Rozpoczynające książkę utwory W tym kraju, Że noc oraz To wina pogody w nieciekawym świetle przedstawiają polską rzeczywistość. Radziewicz zamieszcza też cztery wiersze, których nawet tytuły mówią wprost o nieprzyjazności świata w ogóle: Świat dzieje się za szybko, Świat się wyostrzył, Świat kończy się powoli, Świat nie może dojść do ładu (aczkolwiek nie każdy z tych wierszy zawiera wprost krytykę świata). Oto wybrane fragmenty:

               /.../Mieszkam

               w kraju, gdzie w podziemnych przejściach chłopcy
               zostawiają ślady. Idę i czytam: witamy w mieście,

               w którym krew leje się litrami. Piszę o tym
               w esemesach i nie mam odpowiedzi na proste:

               dlaczego? Mieszkam w kraju, gdzie odpowiedzi
               wciąż za mało, chciałabym pytać, ale wiem,

               że nie warto./.../


                (Że noc)
 

               /.../ Śruby, piasty, zębatki; tarcie i zgrzytanie

               albo jeszcze inaczej – drgania i tąpnięcia. Świat
               coraz ostrzejszy, coraz szybciej się kręci /.../

               (Świat się wyostrzył)

Wydaje się, że jeśli we wcześniejszych tomikach Teresa Radziewicz stara się znaleźć lekarstwo na upływ czasu, to w rzeczach... usiłuje ona również oswoić przestrzeń ludzkiej cywilizacji. Słowo „oswoić” nie jest użyte przypadkiem: to, co oswojone, nie boli. Jest bliższe. Kiedy poznamy i świat, i swoje ograniczenia, łatwiej jest o antidotum. A jeśli się tegoż nie odnajdzie – to wskazane jest choćby przyzwyczaić się do determinant zewnętrznych, skoro na nic się zdaje walka przeciw nim. Przyzwyczaić się, jak do choroby, której nie daje się wyleczyć. Trzeba ją zaakceptować i nauczyć się z nią żyć. Właśnie: rozpoznać, zaakceptować i nauczyć się żyć. W jaki sposób? Zastanówmy się nad lejtmotywem a gdybym urodziła się w innym miejscu. Zdanie to znaczy również, a rebours: urodziłam się tutaj, w tym kraju. Są miejsca, w których mieszkańcy mówią na nie to tutaj. Wszyscy ludzie mają swoje „tutaj” (nieważne, czy mieszkają oni w Nowym Jorku, Krakowie, w małym miasteczku na Warmii, czy na Podlasiu). Zatem w tym znaczeniu „tutaj” oznacza dokładnie to samo, co „wszędzie”. Tym się tylko różni, że „tutaj” jest nacechowane emocjonalnie, dodajmy: pozytywnie. Jest „moje”, własne, oswojone:

               Są w tym kraju miejsca, gdzie lepiej nie patrzeć
               na domy, góry, rzeki czy jeziora, bo wszystko
               nosi w sobie dwa słowa: to tutaj. Nawet fundamenty
               potrafią trzymać się języka, który wszystko układa,
               czerpiąc siłę z ziemi i prochów. wciąż pamięta,
               co znaczy krajobraz urodzenia. /.../

               (W tym kraju)


To prywatne „tutaj”: „małe ojczyzny”, krajobrazy urodzenia. Ale jest też pewne wspólne „tutaj”. Kraj, ojczyzna – jako i moje, i nasze „tutaj” – w zestawieniu z innymi krajami, ojczyznami innych ludzi. To dlatego poetka powtarza pytanie o miejsce urodzenia, dlatego opisuje podróże do różnych miejsc świata i kraju. Są to zupełnie nowe treści w wierszach Teresy Radziewicz. I to jest pierwsze rozumienie tytułu zbiorku. Rzeczpospolita, Polska, w sensie dosłownym. I „Rzeczypospolite”, w sensie ojczyzny, małe i wielkie, innych ludzi. Ale jest też i kolejne rozumienie tytułu tomiku: pospolite rzeczy, codzienne czynności, drobne gesty, konkrety i detale. Radziewicz pisze o potrzebie ocalenia zwyczajnego aromatu kawy czy smaku sernika (Wiersz dla Margo, wiersz dla Paddy’ego). W wielu wierszach stwierdza poetka również i to, że rzeczy pospolite, sprawy normalne, mała codzienność – słowem: proste przyprawy i czynności / nadają czasem życiu sens. (np. Czas na proste czynności, Rzeczy pospolite). Teresa Radziewicz mówi o sposobie na odnalezienie swojej tożsamości w realiach, które coraz rzadziej skłonni jesteśmy zaakceptować. W świecie, który nie może dojść sam ze sobą do ładu.

               /.../ Świat
               nie może dojść do ładu, potrzebuje ludzkiej pomocy:
               zapachu kawy i goździków, wierszy i obrazów,
               spacerów za rękę nad jeziorem w kiczowatym świetle
               zachodzącego słońca, niemodnej życzliwości i zamieszania,
               że jestem, że jesteśmy – właśnie to próbuję powiedzieć,
               wytłumaczyć.

               (Świat nie może dojść do ładu)


– tak kończy się tomik wierszy. Zapisać szczegół, detal, drobnostkę, pospolitość, zwyczajność – aby ocalić. Ocalić siebie, swój świat? Tak, bo z tym zewnętrznym walczyć – nie warto. „Rzeczy pospolite” nadają sens życiu. Życiu memu, twemu, jego, jej – każdego. Gdyż dla każdego są bliskie, oswojone, przyjazne. Własne.

Wydaje się, że rzeczy pospolite są zbiorkiem zdecydowanie bardziej otwartym na interpretacje, niż dotychczasowe książki poetyckie Radziewicz. Wiersze są różnorodne i wieloznaczne, a również – o czym starałem się napisać – wielowątkowe; nie podlegają łatwo unifikującej interpretacji. Jedną z nich proponuję, ale jestem też pewien, że książce towarzyszyć będzie znacznie więcej odczytań. Poezja autorki lewej strony jest coraz bardziej dojrzała, „mądra”, nie tylko wciąż bardziej obszerna tematycznie, ale również bogatsza, gdy idzie o język poetycki. Poetka odchodzi od bezpośredniego nazywania w stronę zagęszczenia metafory i symboliki, „znakuje” rzeczywistość swoich wierszy, przez co zdecydowanie uwieloznacznia interpretację. Co nie powoduje hermetyczności tekstów: pozostają one czytelne. Teresa Radziewicz jedynie proponuje czytelnikowi refleksję, zadanie sobie trudu zrozumienia. I trudu takiego na pewno warto się podjąć.



Teresa Radziewicz, rzeczy pospolite
Wydawaca: Stowarzyszenie Salon Literacki
ISBN 978-83-936416-4-2, Warszawa 2014

© sZAFa 2010
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone i prawnie chronione. Przedruk materiałów w części lub całości możliwy tylko i wyłącznie za zgodą autora.